Komiks

Interludium #4 – 1602

wielka-kolekcja-komiksow-marvela-tom-46-1602-4556416979Przynajmniej kilka razy już wspominałem, że moim ulubionym książkowym autorem jest Neil Gaiman. Ale przecież nie samymi książkami człowiek żyje. Autor ten również z powodzeniem tworzył komiksy, tak jednostrzałówki, jak i całe serie, z Sandmanem na czele. I takie też jest nasze dzisiejsze spotkanie – komiks. Troszkę inne medium aniżeli książka. Ale na okładce ma wysmarowane Gaiman, co oznacza, że ja jestem absolutnie kupiony! Czytaj dalej

Zwykły wpis
Książki

26/2014 – Pieprzony los Kataryniarza

pieprzony-los-kataryniarza-b-iext22448520Kiedyś przedsięwziąłem sobie takie śmieszne zadanie, że jako prawdziwy fan fantastyki (lubię brzmienie połączenia tych wyrazów :)), żeby móc mądrze i ambitnie pisać o fantastyce, powinienem znać jej podstawy, rzekłbym nawet fundamenty, oraz, jak już jesteśmy przy kamieniarstwie, tzw. kamienie milowe literatury fantastycznej w ogóle. Po czym owe kamienie milowe można poznać? Czy może świecą się w słońcu, albo nucą cicho jakąś radośnie prowokującą melodię? Nie, oczywiście, że nie. Dlatego potrzebny był nam jakiś azymut (kontynuując tę nieszczęśliwą, budowlaną metaforę). Punkt odniesienia. I tak wybór padł na książki nagrodzone Zajdlem. Nagroda prestiżowa, check, ważna w środowisku fantastów, check, wybierana nie przez jury jajogłowych no name’ów, a przez czytelników, check. Teoretycznie więc można tam trafić na prawdziwe perełki. I owszem, kilka (-dziesiąt?) z nich na pewno zasługuje na to miano. „Pieprzony los kataryniarza” jednak do nich nie należy. Czytaj dalej

Zwykły wpis
Książki

23/2014 – InterŚwiat

interswiat-b-iext4831135Nie jest tajemnicą kiedy powiem, że moim ulubionym autorem od prawie zawsze (a zdecydowanie na długo przed lekkim boomem na niego w Polsce) był i jest nadal Neil Gaiman. Zawsze ceniłem go za olbrzymią wyobraźnie, zręczne pióro i umiejętność wyjaśnienia i opisania rzeczy niewyjaśnianych i nieopisywalnych. Zawsze podobało mi się to jego mieszanie estetyką. Niby rzeczywistość, ale przyprawiona szczyptą magii i fantastyki. Taka była „Koralina” i „Gwiezdny Pył” i „Księga Cmentarna” i… mógłbym tak po kolei wymienić prawie wszystkie jego dzieła. Nawet „Ocean na krańcu drogi”, który choć nie zaspokoił rozbudzonych we mnie nadziei, to również był bardzo magiczny.

Tym bardziej nie mogłem oprzeć się pokusie kupienia w końcu „InterŚwiata”, który prężył się i uśmiechał do mnie na straganie z tanią książką. Czemu nie zaopatrzyłem się w niego wcześniej? Z tego samego powodu, z którego na swojej półce nie mam i nigdy mieć nie będę „Dobrego Omenu”, ale także z powodu strasznie brzydkiej okładki. Bo wiedzieć Wam trzeba, że okładka to niejednokrotnie połowa sukcesu. Często właśnie w ten sposób trafiamy na perełki, a przynajmniej tak było kiedyś. Teraz w dobie wszechobecnego internetu w każdej kieszeni często wiemy czego można się mniej więcej spodziewać po nowościach na księgarnianych półkach. Z resztą tak właśnie trafiłem na Gaimana, mając lat naście zobaczyłem okładkę „Koraliny” i autentycznie się w niej zakochałem. Wy też możecie, np. tutaj 🙂 Wiedziałem już wtedy, że bez niej nie wyjdę ze sklepu. O grafikach samego Dave’a McKeana, który dla mnie nierozerwalnie związany jest z Gaimanem, także przyjdzie nam powiedzieć parę słów, może nawet w kolejnej odsłonie. Tak dodając jeszcze na marginesie, to sporo książek, które mam w swojej kolekcji kupiłem, bo miały fantastyczne okładki i zachęcające opisy. Nie wiem czy Wy też tak macie? Ale odbiegam od tematu. Odstraszało mnie też od książki to drugie nazwisko pod tytułem. Był okres, że nawet święcie wierzyłem, że prawdziwe książki Neil pisze sam, a te pozostałe to nie warte uwagi dziełka przez małe d. Tak z resztą było ze wspomnianym „Dobrym Omenem”, w którym więcej Pratchetta niż Gaimana. A tego pierwszego niestety nie trawię pod żadną postacią. W „InterŚwiecie” proporcje na szczęście są odwrotne, czuć tutaj wyraźnie magię Gaimana. A to wraz z naprawdę atrakcyjną ceną przeważyły szalę.

Powiem na wstępie, książka mnie rozczarowała. Może nie tyle sama treść, co fakt że tak późno ją dorwałem. Opowieść jest bowiem kierowana raczej do młodzieży. Mamy tutaj ciekawy koncept równoległych światów, w których rządzi albo magia albo technika. Mamy świat zerowy, swoistą Bazę, z której wyruszają na swoje misje Wędrowcy. A cel przyświeca im jeden: utrzymać równowagę. No i w końcu pojawia się główny bohater powieści, niejaki Joey Harker, który dziwnym zrządzeniem zaczyna wędrować pomiędzy światami, trafiając w sam środek wielkiego konfliktu. Reszta już ograna dość schematycznie. Trening umiejętności, kilka błędów po drodze, jakieś pościgi, zebranie własnej drużyny i epicki finał. Tutaj nie mamy się co oszukiwać, cudów ani żadnych innych wianków nie ma.

To co zaliczam na plus to fajny sposób napisania samej powieści. W posłowiu dowiadujemy się, że autorzy bardzo chcieli zrobić serial animowany, ale nie znaleźli żadnego chętnego na sfinansowanie projektu. Nie chcąc tracić pomysłu, napisali książkę. I wierzcie mi lub nie, ale to naprawdę widać od pierwszych stron, że nie jest to normalnie pisana książka. Z resztą jedną z pierwszych moich myśli podczas lektury była ta, że całość pisana jest w bardzo filmowy sposób. Dużo akcji, dialogów, bardzo wyraźne i plastyczne opisy, a nawet sama konstrukcja poszczególnych scen taka bardziej filmowa niż literacka, przez co nie trafiamy również na szczególnie nużące fragmenty. Czytanie tak stworzonej książki było ciekawym doświadczeniem i śmiem twierdzić, że dla młodszego czytelnika o wiele łatwiej byłoby wkręcić się w opowieść, właśnie dzięki tej plastyczności. Summa summarum, zabieg na plus.

Książka jest krótka, ledwie 200 stron z małych hakiem. Dla młodzieży – wielkość pewnie ok. Ja przyzwyczaiłem się do większych objętości, choć powiem szczerze po samej lekturze poczułem ulgę, że już wreszcie koniec. Ale to zwalę na styl i target książki. Gdyby była pisana poważniej i do dorosłych na pewno przybrałaby zupełnie inne oblicze.

Podsumowując, nadal jest to Gaiman, tyle że dla młodszego odbiorcy. Choć jak się tak zastanawiam, to „Księga Cmentarna” też była pisana dla młodszych, a czytało się ją bardzo dobrze. Może więc jednak sam „InterŚwiat” jest po prostu słabszy? Albo to wina tego drugiego nazwiska… Cokolwiek by to nie było, myślę że dla samego Gaimana jednak warto. Chociażby tylko po to, by zobaczyć na zasadzie kontrastu, jak fantastycznie napisane są jego inne książki. A nawet docenić te, których za pierwszym razem niedostatecznie doceniliśmy. Prawda „Ocean…”?

Ocena: 5/10

Grafika wyłowiona z odmętów Google.

cropped-cam00606aa1.jpg

 

Zwykły wpis
Książki

22/2014 – Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu

Zoroaster-Gwiazdy-umieraja-w-milczeniu-_bn22584Intryga + dziwne zabójstwa + sabotaż + uszkodzony statek kosmiczny na krańcu kosmosu + wartka akcja + dobry język = jeden z moich ulubionych archetypów. Czy ja nie mówiłem już przypadkiem, że bardzo lubię polską fantastykę? I że uważam, że stoi ona na bardzo wysokim poziomie? Na pewno już to mówiłem, ale zawsze warto to przypomnieć!

To moje drugie spotkanie z Panem Dębskim. Pierwsze było bardzo owocne, co sprawdzić możecie np. tutaj, stąd też bardzo szybko postarałem się o powtórkę chcąc sprawdzić na własnej skórze, czy to jakaś większa tendencja, czy może jednorazowy sukces. Na moje szczęście, sukces pełną gębą po raz drugi. Chyba będę musiał się bliżej przyjrzeć twórczości tego Pana 🙂

Podobnie jak w poprzedniej książce, tak i tutaj od pierwszych stron wrzuceni jesteśmy w chaotyczny wir akcji powieści. Czytam i przewracam pierwsze kartki, a w głowie kołacze mi się myśl, że właśnie oglądam serial, ale z niewiadomych dla mnie przyczyn umknął mi gdzieś pierwszy odcinek. Autor rozpoczyna fabułę i samą książkę trochę od środka, uznając że nie ma sensu prowadzić czytelnika za rączkę, niech sam się trochę domyśli, a resztę cierpliwie doczyta dalej. I o ile zabieg ten przy okazji „Światła Cieni” średnio przypadł mi do gustu, o tyle tutaj było jakoś przystępniej.

Fabuła książki nie jest jakoś finezyjnie odkrywcza, ale została skonstruowana i poprowadzona w bardzo fajny i ciekawy sposób, chwilami nawet trochę staroszkolny w klimatach Christe, albo Conan Doyle’a. Otóż uszkodzeniu ulega łączność pewnego statku wysłanego na drugi koniec galaktyki, w celu przeprowadzenia badań tamtejszej fauny i flory. W międzyczasie na statek trafia rozbitek. Jak się okazuje wpada między przysłowiowy młot a kowadło, ponieważ na statku właśnie zginęło dwoje członków załogi, a kolejna dwójka zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jako, że statek stracił łączność nie może wysłać komunikatu do centrali, by wezwać śledczego do zbadania całej tej sytuacji. Jak się nie trudno domyślić, naszemu rozbitkowi przyjdzie podjąć, wbrew pozostałym członkom załogi, trudne śledztwo w celu wyjaśnienia tego całego bajzlu. Fakt, może nie brzmi to jakoś szczególnie zachęcająco, ale całość wyszła naprawdę bardzo pysznie.

W trakcie czytania szybko się okazuje, że to nie będzie kolejny prosty kryminał ze space operą w tle, a my nie będziemy bawić się w zagadkę „kto zabił i dlaczego”. Fabuła bowiem zmierza na zupełnie inne tory, podchodzi do tematu nieszablonowo, a sama końcówka i finał to już zupełnie inna bajka. Razem z bohaterami książki przyjdzie nam odbyć wspólną podróż tytułowym „Zoroastrem” i poznawać kolejne tajemnice, z jednym dosyć ciekawym twistem na czele. Książka wprawdzie zaczyna się jak prosty kryminał, ale kończy się w zgoła odmiennym klimacie. Niewiele mogę zdradzić bez spojlerowania, powiem więc, że finał pobudza nas do przemyśleń i głębszego zastanowienia, co stanowi miłą odmianę po wszystkich kryminalnych sieczkach. Szczególnie, że pozostawia nas w pewnego rodzaju niedomówieniu. Oczywiście, możemy się domyślić co stało się potem, ale taki zabieg pozostawia pewną dozę niedopowiedzenia i wolne pole do interpretacji. Jak dla mnie, zdecydowanie na plus.

Z początku kiedy zabierałem się za tę pozycję myślałem, że będzie podobna do „Silentium Universi” Darka Domagalskiego, szczególnie biorąc pod uwagę że obaj panowie się znają i lubią. I faktycznie, pierwszych kilka stron miało jakąś część wspólną i bałem się, że dostanę odgrzewanego kotleta (nie sprawdzałem który z Panów napisał swoją powieść jako pierwszy, pod uwagę brałem chronologię czytania). Obawy jednak szybko minęły, bo powieść sukcesywnie zaczynała się rozbiegać względem „Silentium…”. I bardzo dobrze! Dzięki temu mogę ze spokojem polecić obie te pozycje 🙂

Nie wiem czy też tak macie, ale przy okazji dobrych książek (a już szczególnie tych z jakąś tajemnicą w tle) bardzo często dopada mnie pewien paradoks. Otóż bardzo szybko chce ją skończyć (by się dowiedzieć jaki jest finał), a już po samym skończeniu żałuje, że tak szybko ją przeczytałem i że nie była dłuższa. Tak też było w tym przypadku i tak dochodzę do wniosku, że to chyba jedna z lepszych laurek jakie można wystawić książce i jej autorowi. Zaznaczyć należy, że nie przy wszystkich książkach tak mam, a po raz ostatni coś podobnego spotkało mnie… przy okazji innej książki Rafała Dębskiego – „Światło Cieni”. Ciekawy zbieg okoliczności 😉

Technicznie nie mam się do czego przyczepić, język autor był prosty, ale i przede wszystkim bardzo płynny. Szczególnie kwiecisty przy okazji opisów wszelkiej fauny i flory, kosmosu, planet i wszelkich zjawisk przy udziału tychże. Do tego szybka akcja książki, dużo dialogów i wartko posuwająca się fabuła, czyli proporcje dokładnie takie jak lubię. Chciałoby się jedynie trochę więcej stron…

Co tu więcej dodać? Ano zostało mi jedynie szczerze i ze spokojnym sumieniem polecić Wam „Zoroastera…”. Ja bawiłem się przy nim świetnie i chyba właśnie o to chodzi w książkach. No chyba, że się mylę?

Ocena: 8/10

Grafika wyłowiona z odmętów Google.

cropped-cam00606aa1.jpg

Zwykły wpis